Wyruszyłem pieszo, bo wiedziałem, dokąd zmierzam, choć żadna tabliczka tego nie pokazywała. Droga do małego domku wysoko w górach nie miała ścieżki, tylko obietnicę: że jest tam, na końcu, i że czeka. Szedłem przez krzaki, które szeptały mi coś w liściach, i przez cudze podwórka, z których każde było osobnym małym światem, a ja przechodziłem obok jak ktoś, kto zna prawo wędrowca.
Na jednym z podwórek stał pies o spojrzeniu, które nie wróżyło niczego dobrego. Skoczył na mnie, a ja nie cofnąłem się ani o krok. I wtedy coś się w nim zmieniło. Po chwili szedł obok, spokojnie, jakby od zawsze był moim towarzyszem na tej drodze, jakby ten pierwszy skok był tylko pytaniem: czy naprawdę idziesz?
Po drodze mijałem miejsce, w którym ktoś z dawnych dni zachwycał się domem zrobionym z korzeni i gałęzi potężnego drzewa, jakby sama ziemia zbudowała go z czułości. Stałem na zewnątrz i patrzyłem, z dziwnym spokojem, bo nie każde piękno jest dla nas. Czasem wystarczy, że istnieje.
Potem do drogi dołączyła kobieta, cicha jak wiatr, która znała skrót. Nie pytałem, skąd wie. Szedłem za nią w górę, wśród domów i wsi, których nazw nie znałem, a mimo to wiedziałem, który zakręt będzie następny, jakbym kiedyś już tędy szedł albo jakby ta trasa była zapisana we mnie.
Zmierzchało się. Światło zmieniało barwę z złotej na ciemniejącą zieleń, a ja szedłem dalej, wytrwale, mijając cudze okna, w których zapalały się lampy. Droga była przyjemna i trudna naraz, jak wszystkie dobre drogi. Wiedziałem, że ten domek jest gdzieś tam, wyżej, za następnym zakrętem.
Nie dotarłem do niego dziś. Ale nie jestem tym zmartwiony. Są takie wędrówki, w których nie liczy się drzwi na końcu, tylko to, że wciąż idziesz, że pies idzie obok i że w głowie masz całą trasę, którą kiedyś dokończysz.